Przez kilkanaście lat słowo „kredyt walutowy” w Polsce oznaczało jedno: frank. To Frankowicze organizowali się w stowarzyszenia, Frankowicze trafiali na okładki gazet, Frankowicze słyszeli w Sejmie, że sami są sobie winni. I to Frankowicze, po żmudnej, wieloletniej walce, wygrali w Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej, w Sądzie Najwyższym, a w końcu masowo w sądach w całej Polsce.
Przy tym hałasie niemal nikt nie zauważył, że w tych samych oddziałach bankowych, na podstawie niemal identycznych wzorców umownych, z tymi samymi nieprzejrzystymi tabelami kursowymi sprzedawano jednocześnie kredyty hipoteczne w euro. I że ci kredytobiorcy mają dokładnie takie samo prawo, żeby te umowy podważyć.
Euro przerosło franka – nikt o tym nie mówi
Dane mówią same za siebie. Portfel kredytów frankowych w Polsce topnieje. Przez wyroki sądów i ugody z poziomu ponad 100 miliardów złotych w 2019 roku skurczył się dramatycznie. W samym mBanku, który był jednym z największych kredytodawców frankowych, z pierwotnych 19,5 miliarda złotych w aktywnym portfelu CHF pozostało w I kwartale 2026 roku 65 milionów złotych. Portfel eurowy kurczy się znacznie wolniej. Już w połowie 2024 roku wartość bilansowa kredytów mieszkaniowych w euro zrównała się z wartością portfela frankowego, osiągając poziom około 14-15 miliardów złotych, i od tego czasu euro jest drugą co do wartości walutą hipoteczną w Polsce. Spośród walut obcych to euro, a nie frank szwajcarski, jest dziś główną walutą hipoteczną Polaków.
Kredyty eurowe udzielano głównie w latach 2009-2012, czyli tuż po wybuchu kryzysu finansowego i pierwszym gwałtownym skoku franka. Banki reklamowały je wtedy jako „bezpieczniejszą alternatywę” dla CHF. Euro to przecież stabilna, europejska waluta. Polska ma wejść do strefy euro, więc po co się bać? Tak mówili doradcy w oddziałach. Nikt nie mówił, że umowa zawiera klauzule, które pozwalają bankowi jednostronnie ustalać kurs przeliczenia i że to bank decyduje, ile złotych konsument dostanie i ile będzie spłacał.
Mechanizm jest ten sam. Prawo jest to samo.
Serce problemu kredytów frankowych nigdy nie tkwiło w samym franku. Tkwiło w konstrukcji umowy, a mianowicie w klauzulach przeliczeniowych opartych na wewnętrznych tabelach kursowych banku, niepowiązanych w sposób transparentny z żadnym obiektywnym wskaźnikiem rynkowym. Bank kupował walutę od klienta po kursie kupna z własnej tabeli, sprzedawał po kursie sprzedaży z tej samej tabeli i sam ustalał spread między nimi. Całe ryzyko kursowe spoczywało na konsumencie, który nie miał żadnego wpływu na mechanizm.
Dokładnie ten sam model stosowano w umowach eurowych. Dokładnie te same klauzule, oceniane według tych samych przepisów: art. 385¹ Kodeksu cywilnego i Dyrektywy 93/13 o nieuczciwych warunkach w umowach konsumenckich. Co oczywiste, TSUE nie różnicuje walut. Mechanizm oceny klauzuli abuzywnej jest jeden, niezależnie od tego, czy umowa kredytu opiewa na franki, euro, dolary, a nawet jeny. Gdy klauzula jest nieuczciwa, jest nieuczciwa niezależnie od tego, co widnieje na górze umowy.
W procesach sądowych banki sugerują w sądzie, że umowy eurowe to zupełnie inna historia niż frankowe. To nieprawda. Konstrukcja była identyczna, czyli klauzula przeliczeniowa oparta na wewnętrznej tabeli kursowej banku, pełne ryzyko walutowe przerzucone na konsumenta, brak jakiegokolwiek obiektywnego wskaźnika rynkowego. To, że umowa dotyczyła euro, a nie franka, nie zmieniało absolutnie niczego w mechanizmie, który decydował o tym, ile klient płaci.
Eurowicze wchodzą na gotowe tory
To jest kluczowa różnica między sytuacją Frankowiczów dekadę temu a sytuacją Eurowiczów dziś. Frankowicze musieli sami wytyczać szlak, przekonywać sędziów do nowej materii, budować orzecznictwo prejudycjalne krok po kroku, czekać latami na przełomowe wyroki TSUE. Przeszli przez to wszystko.
Eurowicze wchodzą na tory, które już działają. Orzecznictwo jest ukształtowane. Sędziowie znają klauzule przeliczeniowe. TSUE wypowiedział się wielokrotnie i jednoznacznie. Postępowania w sprawach walutowych wyraźnie się skróciły. Kredytobiorcy eurowi korzystają zatem z pracy, którą wykonali przed nimi Frankowicze. To nie jest bagatelny dorobek
Dlaczego debata publiczna ominęła Eurowiczów?
To jest pytanie, które warto zadać głośno. Przez lata media ekonomiczne, parlamentarzyści i regulatorzy mówili o „kredytach walutowych” wyłącznie przez pryzmat CHF. Tymczasem obok Frankowiczów, w tych samych oddziałach, w tym samym czasie, zadłużały się tysiące rodzin w euro. Ich sprawy były mniej medialne, bo kurs euro nie wykonał takiego skoku co frank. Ale mechanizm wadliwości umów był identyczny.
Pytanie, dlaczego tak mało się o tym mówiło, ma kilka możliwych odpowiedzi. Być może dlatego, że portfel eurowy był mniejszy i mniej spektakularny. Być może dlatego, że organizacje konsumenckie były zajęte bitwą frankową. A być może dlatego, że sektor bankowy miał interes w tym, żeby temat pozostał niszowy tak długo, jak to możliwe.
Niszowy już nie jest.
Opracowała Karolina Pilawska, adwokat
